Sztuka? Jaka, kurwa, sztuka?

12 11 2007

    Z reguły staram się nie przeklinać na blogu. Lecz wydarzenie, które zamierzam dziś opisać wywołuje u mnie emocje do tego stopnia negatywne, iż nie da się przekazać nie używając dosadniejszych słów. Część z Was domyśla się już pewnie o czym będzie wpis.

Chciałem poruszyć problem Guillermo Habacuca Vargasa – pseudoartysty, który został osobą reprezentującą swój kraj w Biennale Ameryki Centralnej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że zaszczytu tego dostąpił dzięki zakatowaniu zwierzęcia. Przez kilka dni głodził on psa i nie dawał mu pić w swoim domu. Następnie zaprowadził go do galerii i przywiązał do ściany. Pies umierał na oczach tłumów przewijających się tamtędy każdego dnia. Nikt nie widział w tym niczego złego. Niczego złego nie widziało w tym również kierownictwo galerii. Ciekawe, dlaczego Guillermo nie przywiązał do tej ściany swojej matki. To by dopiero była nowość. Umierająca z głodu i pragnienia kobieta, przypięta łańcuchem do ściany. I oglądający ją ludzie, z których żaden nie pomyśli o tym, że można jej pomóc. Nie będzie zresztą widział potrzeby – uzna, że w końcu było to założenie artysty. Niby dlaczego ktokolwiek miałby podważać jego rację?

Nie będę się rozpisywał o tym, jak bezduszni muszą być ludzie, jak chory muszą mieć system wartości, żeby dopuścić do czegoś takiego. Wszystko co dało się w tym temacie napisać zostało już napisane gdzie indziej. Napiszę jednak, że strasznie dziwi mnie, dlaczego gdy ktoś jest artystą ludzie od razu uważają go za kogoś lepszego od pozostałych i nikt nie kwestionuje jego działań. Gdy całkiem niedawno grupka turystów zabiła niedźwiadka w polskich Tatrach od razu zostali oni aresztowani i zostały im przedstawione zarzuty. Nie wiadomo, co myśleli, gdy to robili, mogli być przestraszeni, zszokowani, działać pod wpływem emocji. Uznano jednak, że są bestialskimi mordercami pozbawionymi uczuć. Natomiast, gdy osoba uchodząca za artystę skazuje psa na męki o wiele większe, na dodatek mając mnóstwo czasu na przemyślenie swojego postępowania, wszyscy są zachwyceni i wysyłają go w nagrodę na wielką uroczystość, jako osobę godną reprezentowania kraju. Wydarzenie to utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że ludzie zachowują się jak stado baranów i ślepo przestrzegają przyjętych norm. Gdyby Guillermo przywiązał tego psa w parku, nie mówiąc nikomu, że jest to sztuka, wszyscy na pewno od razu uznali by to za pastwienie się nad zwierzętami. Jednak gdy pies pojawił się w galerii ludzie od razu przestali myśleć o tym od tej strony. Uznali zapewne, że ktoś zrobił to już za nich…





Zmiany.

22 09 2007

    Co do tytułu – to właściwie jest tylko jedna, do tego nieznaczna. Zmieniłem format daty, bo wkurzały mnie nazwy miesięcy w mianowniku. Teraz są po prostu cyferki i wszyscy powinni być szczęśliwi.

Nie mam w zasadzie o czym pisać, bo jedyną rzeczą, którą chciałem Wam dzisiaj przekazać jest informacja zawarta w pierwszym akapicie. W poprzednim poście o tym napomknąłem i uznałem, że w końcu to zmienię, a do tego opiszę, żeby ludzie się nie dziwili, że narzekam na coś, czego oni nie widzą.

No ale żeby ten post był trochę dłuższy to się pochwalę, że kupiłem sobie dzisiaj plecak. Taki fajny, miejski, Wolfgang Guide 25l z gwizdkiem i pokrowcem przeciwdeszczowym. Zastanawiałem się nad Walkerem 42l, bo większy, a w sumie nie widać po nim, że to plecak bardziej turystyczny, niż codzienny, ale brat mnie odwiódł od pomysłu kupowania go. Może i lepiej – ten, który kupiłem jest wygodniejszy i lepszy do noszenia na co dzień, a plecak do dłuższych wyjazdów mam. Wprawdzie już trochę wiekowy, ale jednak wciąż trzyma się całkiem dobrze.

Pozostając przy temacie zakupów – ostatnio będąc w empiku kupiłem sobie “Piosenki Toma Waitsa” Kazika Staszewskiego. Szczerze polecam każdemu, niezależnie od typu słuchanej muzyki. Jedna z nielicznych płyt okołokazikowych, w której nie ma ani jednego słabego punktu. Wszystkie piosenki świetnie do siebie pasują, każda jest bardzo miła dla ucha. Taka spokojna, dobra do słuchania w każdej sytuacji – zarówno jadąc zatłoczonym metrem, jak i siedząc wieczorem w domu i czytając książkę.





O niczym – jak zawsze.

20 09 2007

Zauważyłem, że w całym procesie tworzenia bloga największy problem sprawia mi wymyślenie tytułu. Najchętniej numerowałbym wpisy, ale to nieładnie wygląda. Może pójdę śladem skretyniałych nastolatek i będę wstawiał cytaty z ulubionych utworów, które nijak mają się do treści posta. Co bardziej nadgorliwi i tak doszukają się jakiegoś związku – skoro CKE znalazło w tekście jakiegoś wiersza głębszą treść, o której istnieniu nie miał pojęcia nawet sam autor (sic!), to do wyrwanych z kontekstu kilku słów tym bardziej ktoś coś dopasuje.

Póki pamiętam chciałbym wszystkich przeprosić za to nieszczęsne “30 lipiec 2007″ itp. przy tytułach postów. Data jest nadawana automatycznie, jakbym się uparł, to może nawet udało by mi się ustawić, aby nazwy miesięcy były wyświetlane w dopełniaczu, ale mi się zwyczajnie nie chce. Możecie sobie póki co wyobrażać, że jest dobrze ;).

Uznałem wczoraj, że wezmę udział w internetowym Gadu-Dyktandzie. Wszystko byłoby fajnie, miałem jeden błąd ortograficzny (napisałem instruktaż zamiast instruktarz), jeden jakiś pomniejszy interpunkcyjny i kupę błędów spowodowanych zbyt szybkim, i przede wszystkim, niewyraźnym czytaniem. To, że profesor Bralczyk zna się na języku polskim nie oznacza, że ma świetną dykcję. Organizatorzy mogli podejść do tego trochę bardziej profesjonalnie i wykosztować się na lektora. Mogliby również podać na stronie pełną listę wyników, jednak każdy chciałby zobaczyć, jak wypadł na tle innych. Szkoda, że tak to spierniczyli, bo sam pomysł bardzo fajny. Niestety wykonanie już mniej.

Byłem ostatnio na dwóch koncertach, ale nie będę nic więcej o tym pisał, bo wszyscy i tak mają to w dupie ;).

Rozważam od jakiegoś czasu założenie drugiego bloga – jakiegoś tematycznego. Jak piszę o wszystkim naraz, to i tak nikt tego nie czyta, może poza garstką bliskich znajomych. Jak by był o czymś konkretnym, to może wchodziliby na niego jacyś przypadkowi ludzie. Fajne może być prowadzenie bloga podróżniczego, ale w trakcie roku szkolnego byłoby ciężko, bo co miałbym niby opisywać? Jak wracając ze szkoły uznałem, że pojadę autobusem, a nie metrem i jak dużo nowych miejsc zobaczyłem przy tej okazji? Albo wymyślałbym sobie jakieś miejsce, ściągał z Google Images zdjęcia i dostawiał fikcyjny opis? Przemyślę to jeszcze… Może gdybym prowadził tego bloga z jakąś inną osobą, to byłoby więcej materiałów do wstawiania. Dopóki nikt chętny się nie nawinie będę pisał bloga o niczym ;)





Bieszczady.

30 07 2007

    Wróciłem w sobotę rano z Bieszczad. Mogę spokojnie napisać, że były to jedne z najfajniejszych wakacji w moim życiu. Góry dosyć dzikie, szczególnie po słowackiej stronie, gdzie szlaki są w ogóle nie przetarte. Jedynie na Połoninach strasznie dużo ludzi. Nawet w Tatrach tylu ludzi na szlakach nie widywałem, a są one o wiele mocniej uczęszczane przez turystów niż Bieszczady. Połoniny stały się chyba po prostu modne.

Co do konkretów dotyczących wyjazdu byłem na Smerku, Połoninach Caryńskiej oraz Wetlińskiej, Krzemieńcu, Tarnicy i jeszcze w kilku miejscach. Najbardziej chyba podobała mi się Wielka i Mała Rawka. Nie spotkaliśmy tam prawie żadnych ludzi, a widoki były przepiękne. Ludzi mówiący, że zachód słońca jest najpiękniejszy nad morzem mogą się wypchać. W górach jest tysiąckrotnie ładniejszy. Bardzo fajnym doświadczeniem jest też łażenie nocą pośród burz przez 12 godzin z minimalną ilością postojów. Daje w kość, ale za to satysfakcja jest wielka. No i jeszcze wilk zobaczony podczas takiej trasy. Nie wiem, dlaczego ludzie żałują, że nigdy nie widzieli wilka w Bieszczadach. Naprawdę nie ma czego żałować. Może jedynie dawki adrenaliny. Chociaż jak się to w domu spokojnie przemyśli, to nie ma sensu bać się jednego wilka, czy nawet ich stada biorąc pod uwagę chociażby statystyki.

Gdyby ktoś z Was przekraczał kiedyś granicę przy Krzemieńcu, to po zapytaniu przez straż graniczną powiedzcie, że przekraczaliście na Rabiej Skale ;) My tak nie zrobiliśmy, na szczęście nam się upiekło, ale mogło być nieciekawie, jakby nam przywalili jakąś karę za nielegalne przekroczenie granicy państwa. A Słowacja ogólnie bardzo fajnym krajem jest. Piwo kosztuje tam w knajpie taniej niż u nas w sklepie, ogólnie żarcie jest bardzo tanie. I jedzenie się śmiesznie nazywa (np. trójcip – danie całkiem zwyczajne (trzy rodzaje mięs i frytki), ale nazwa jest genialna ;))

Strasznie dała nam się we znaki pogoda. Jeżeli nie wiało (czyli przez cały czas oprócz jednego dnia) upał był nie do zniesienia. Piliśmy wodę w przemysłowych ilościach. Łażenie po górach w środku lipca nie jest jednak zbyt komfortowe. Ale widoki i satysfakcja z osiągniętych celów wynagradzają wszelkie niedogodności.

Konkretnych planów co do dalszego spędzania wakacji nie mam i raczej mieć nie będę, bo chcę jeszcze w wakacje wyjeździć trzydzieści godzin jazd, więc pewnie ze trzy tygodnie mi to zajmie.

A za dwa dni będę pełnoletni. Dziwne uczucie, wciąż czuję się dzieckiem, a dorosłość zbliża się wielkimi krokami.

Miałem dodać zdjęcia, ale mi imageshack odmówił współpracy. Może przy innej okazji spróbuję i ewentualnie wtedy dodam.





Maj

9 05 2007

Maj – mój ulubiony miesiąc. Wiosna już na dobre rozkwita, na dworze jest ciepło i słonecznie (jakby jeszcze ten cholerny deszcz przestał padać), ptaki śpiewają, drzewa są zielone, a kwiatki kwitną. Człowiek wstaje rano, patrzy za okno i widzi słońce. Widzi jasne, bezchmurne niebo, czuje zapach kwitnących roślin i chłonie to wszystko. Chłonie, by potem przerodziło się to w olbrzymią dawkę dobrego humoru wystarczającą na cały dzień.

W szkole panuje atmosfera ogólnego luzu, być może po części jest to też zasługa pisanych w tym okresie matur, ale pogoda też na pewno znacznie wpływa na pozytywne odbieranie świata.

Najbardziej pozytywną myślą jest jednak to, że lada dzień rozpoczynają się juwenalia. Mnóstwo koncertów, kabaretów i wielu innych atrakcji, odbywających się na ciepłym, wiosennym, majowym powietrzu. No i najważniejszy punkt juwenaliów – oczywiście koncert Kultu. Już w tą sobotę. Szkoda tylko, że tak słabo dobrali zespoły grające razem z Kultem. Farben Lehre jeszcze zniosę, ale udanego koncertu Strachów na Lachy sobie nie wyobrażam. Nie żebym nie lubił ich muzyki, wręcz przeciwnie, niektóre kawałki bardzo mi się podobają, niemniej jest to muzyka totalnie akoncertowa. No i jeszcze to stado przesłodzonych trzynastek, które przyjdą tylko po to, żeby zobaczyć Grabarza i słodko popiszczeć sobie grupą… Aż człowieka mdli, jak takie coś widzi… No ale i tak nie jest to w stanie odebrać mi radości z tego, że zagra Kult.

W piątek, a najpóźniej w poniedziałek powinny mi z allegro przyjść ostatnie części, które są mi niezbędne do złożenia nowego roweru, do czego zbierałem się od ponad roku. W końcu będę mógł zacząć się uczyć czegoś konkretniejszego niż bunny-hop ze świadomością, że sprzęt nie ogranicza mi możliwości nauki.





Powrót do Warschau.

10 04 2007

    Wróciłem właśnie z Gór Stołowych i Masywu Śnieżnika. Bardzo fajne góry, mniej turystów niż np. w Tatrach, ale jak dla mnie wciąż za dużo. Być może jest ze mną coś nie tak, ale strasznie denerwują mnie rodzinki, które wybierają się na cały dzień na szlak, biorąc małe dzieci, którym zdecydowanie się to nie podoba i myślą, że muszą iść za karę, co w efekcie skutkuje tym, że idąc szlakiem najpierw  słyszy się krzyk takiego dziecka, bądź rodzica, który nie może już z nim wytrzymać, a dopiero po dłuższym czasie widać taką wesołą gromadkę. Kolejną rzeczą, która mnie wkurzała jest podstawianie pod pochyłe skały małych patyczków w ten sposób, żeby wyglądało na to, że to patyczek przytrzymuje tą skałę. Byłoby to spoko, gdyby to były po dwa patyczki przy co trzeciej skale, ale nie wtedy, gdy dosłownie każda skała ma tych patyczków pod sobą najebane jak mrówek w mrowisku. Nie wiem skąd się to bierze, czy to jakiś lokalny przesąd, czy po prostu ktoś tak kiedyś podłożył i inni ludzie jak stado baranów zaczęli robić to samo. Może jeszcze byłbym w stanie to zrozumieć, gdyby robiły to dzieci, ale sam widziałem dorosłą kobietę podkładającą patyczek i mówiącą do męża, czy kogoś innego coś o podpieraniu skał. No załamka totalna.

A co do rzeczy bardziej pozytywnych to bardzo podobały mi się Błędne Skały. Genialnie wyglądają takie wąskie przejścia, w których ledwo da się przecisnąć. Jakby ludzie chcieli coś takiego zrobić, to na pewno nie wyszłoby nawet w połowie tak fajnie. Skalne Grzyby też nienajgorsze, ale jednak nie takie fajne jak reszta, głównie przez to, że znajdują się w lesie, na polanie sprawiałyby zupełnie inne wrażenie. Szlak na Śnieżnik również bardzo fajny, pewnie dlatego, że nie było prawie w ogóle turystów. Tylko oczywiście, jak to w Polsce, beznadziejnie oznaczony, bo wracając zrobiliśmy jakieś 10 kilometrów więcej, niż powinniśmy zrobić, tylko dlatego, że nikt nie wpadł na pomysł wstawienia jakichś znaków, czy chociażby porządnego oznaczenia, w którą stronę prowadzi który szlak. Najlepszym przykładem tego jest sam szczyt Śnieżnika, przez który przebiega granica Polsko-Czeska. Po polsku jest tam jeden znak, na którym jest informacja, że tu jest przejście i oczywiście jakieś zakazy. Za to po czesku są ze trzy znaki i kierunkowskaz z dziesięcioma różnymi kierunkami, kolorami szlaków i odległościami. Naprawdę wypadałoby, żeby Polacy też coś takiego postawili.





Wtorkowy wieczór.

27 02 2007

    Nie pisałem ostatnio, bo nie miałem za bardzo o czym, więc uznałem, że poczekam, aż uzbiera się mnóstwo mało istotnych informacji, które chciałbym tu zamieścić, a wtedy wpiszę je wszystkie naraz i post będzie miał jakąś sensowną długość. Okazało się, że to bardzo głupi pomysł, bo mało istotne informacje mają to do siebie, że strasznie szybko się je zapomina i w efekcie i tak nie ma o czym pisać. No, ale napisałem już jeden akapit o dupie maryni, dalej powinno pójść równie łatwo.

Ferie spędziłem głównie w domu, przed kompem, jedynie pod koniec pojechałem na cztery dni do rodziny na Dolnym Śląsku, skąd potem pojechaliśmy w góry pojeździć trochę. Robię postępy, potrafię już zjechać nie wywalając się i do tego jeździć na switchu ;).   Miałem plan zrobić w te ferie coś bardziej konstruktywnego, niż siedzenie przed kompem, np. pójść do jakiejś pracy, ale na planach się skończyło. Perspektywa dwóch tygodni, przez które nie trzeba kompletnie nic robić i można spać ile się chce jest niezwykle kusząca. Bardziej niż jakieś przyziemne, kapitalistyczne pieniądze.

Co do moich treningów, o których jakiś czas temu pisałem – postanowiłem jednak odejść z mojej sekcji. Za tą cenę mam już naprawdę duży wybór. W lepszych warunkach i z lepszym dojazdem. Prawdopodobnie zapiszę sie na jakiś czas z bratem na Judo, bo jednak zawsze na treningach brakowało mi elementów chwytanych. Jeżeli na Judo uznam, że bardziej brakuje mi kopnięć i uderzeń, to wrócę do Karate, ale nie tam, gdzie chodziłem. Pewnie sie zapiszę do sekcji któregoś ze znajomych chodzących na Kyokushin (jeden ze styli Karate, bardzo podobny do Oyamy, którą trenowałem) . Czas pokaże.

Pożyczyłem sobie od kumpla gitarę elektryczną na jakiś czas. Bardzo fajny instrument, dużo możliwości, ale jednak czuję jakiś sentyment do akustycznej. Nie wiem, czy chodzi konkretnie o moją gitarę, czy o ogół gitar akustycznych, ale brakuje mi trochę tego dźwięku.

Pogoda robi się coraz lepsza, może niedługo będzie już na stałe w miarę ciepło i słonecznie. Przynajmniej na tyle, żeby można było spędzać czas na dworze nie marznąc przy tym i nie musząc oglądać zasyfionego od śniegu chodnika. Dziwne, zawsze wydawało mi się, że o ile nie jest strasznie gorąco, lub strasznie nie piździ, to nie zwracam uwagi na pogodę, a w tym roku ciągle sprawdzam na jakichś serwisach meteorologicznych, kiedy w końcu przestanie padać i będzie trochę cieplej. Może to jakiś znak, że zaczynam tetryczeć? :P





Śnieg…?

2 02 2007

Ferie mijają. Z jednej strony żal mi trochę spędzania ich w domu przed kompem, z drugiej nie mam za bardzo motywacji, żeby się gdziekolwiek ruszyć. Nie wiem, czy to kwestia pogody, czy tego, że naprawdę potrzebuję odpoczynku. Wyjechałbym chętnie w góry, czy gdziekolwiek, gdzie jest ładniej niż w Warszawie, ale niestety brak funduszy uniemożliwia mi to dość skutecznie.

Nie cierpię takiego pół-śniegu, jaki teraz zalega na chodnikach. Nie twierdzę, że lubię śnieg, ale jeżeli już ma leżeć, to niech przynajmniej będzie biały i leży wszędzie tam, gdzie śnieg leżeć powinien. A nie takie szaro-beżowe bezkształtne badziewie. Mogłoby w końcu pokazać się słońce i trochę przygrzać. Nie mogę się doczekać, aż będzie można normalnie wyjść na rower, nie zakładając wcześniej trzech bluz i dwóch kurtek.

Żeby wstawić do tego posta jakiś optymistyczny akcent pochwalę się, że udało mi się po raz pierwszy w życiu nastroić gitarę całkowicie ze słuchu. Może nie jest to jakieś szczególne osiągnięcie, niemniej jednak, jestem z tego zadowolony, gdyż wcześniej nie dawałem rady, i w końcu są jakieś naoczne efekty mojego niemal dwuletniego zmagania z tymże instrumentem :)





Słońce.

21 01 2007

Genialna pogoda. Słońce mogłoby tak świecić codziennie. Człowiek wstaje rano z łóżka i od razu wie, że przez cały dzień będzie pozytywnie nastrojony. Przynajmniej ja tak lubię słoneczną pogodę ;)

W czwartek byłem na koncercie. Jak zawsze Kult zagrał genialnie, w końcu udało mi się na żywo usłyszeć przewspaniały kawałek, jakim jest “Poznaj swój raj”. Oprócz tego zagrali jeszcze kilka innych perełek, m.in. “Tan” i “Do Ani”. Szkoda tylko, że na koncert takiego zespołu przychodzą debile, którzy stojąc z przodu sali, gdzie jest normalne, że wszyscy skaczą i odbijają się od siebie, olewają wszelką kulturę stojąc z wystawionymi łokciami, odpychając wszystkich najmocniej jak potrafią, lub po prostu tłukąc innych. Na szczęście nie udało im się zepsuć mojego ogólnego odczucia koncertu. Teraz pozostaje czekać do maja na juwenalia, bo nie zapowiada się żaden koncert w międzyczasie. Aha, zapomniałbym napisać. W końcu kupiłem sobie wymarzoną koszulkę Kultu. Taka czerwona z przyszytym filcowym napisem “KULT”. Bardzo fajna.

No i na koniec kilka fajnych zdjęć z koncertu autorstwa Rafała Nowakowskiego.





I po weekendzie.

15 01 2007

Jak ja nie cierpię poniedziałków. Weekend się kończy i człowieka czeka pięć nudnych dni spędzonych w szkole w oczekiwaniu na następny weekend. Potem znowu pięć dni i znowu weekend… I tak do wakacji. A potem od początku. Na szczęście jeszcze tylko półtora roku. Może na studiach odczuwa się to trochę lepiej

Wczoraj byłem na finale Wielkiej Orkiestry. Farben Lehre zagrało raczej średnio, jak na to, że grali tylko dwadzieścia minut, to naprawdę mogli zagrać coś z większym kopem. Miałem wrażenie, że grają specjalnie tak, żeby spodobać się starszemu pokoleniu. Za to Ametria zagrała, według mnie, genialnie. Cośtam kiedyś słyszałem o tym zespole, ale nigdy nie myślałem, że jest do tego stopnia fajny. Co było w międzyczasie nie wiem, ponieważ mnie tam, najzwyczajniej w świecie, nie było ;).

Za to w sobotę osiągnąłem szczyt roztargnienia. Byłem przekonany, że jest czternasty stycznia, więc pewny siebie ubrałem się i pojechałem na ochotę na koncert “Pożaru Moskwy”. O tym, że wciąż jest trzynasty stycznia uświadomił mnie dopiero dozorca szkoły, w której koncert ten miał się odbyć. Na koncert w końcu nie pojechałem, bo w niedzielę, jak już pisałem, Farben Lehre grało pod Pałacem, a czasowo bym się nie wyrobił. Szkoda, bo mogło być o wiele fajniej, ale jakbym tam pojechał to nie wróciłbym pewnie już do centrum i nie poznał “Ametrii”. Więc w sumie nie jest najgorzej.

Zastanawiam się, czy wrócić na treningi do mojej sekcji, czy szukać nowej. Za pierwszą opcją przemawia to, że znam już tych ludzi i bardzo ich lubię, więc dziwnie bym się czuł opuszczając ich. Poza tym mogę trafić na gorszego trenera, a obecnego naprawdę lubię i szanuję. Z kolei argumentami za drugą opcją są zdecydowanie lepsze miejsce (może nie ze względu na dojazd, ale ze względu na warunki… niestety) i, być może, atrakcyjniejsza cena. Zastanawiałem się też nad jakąś inną sztuką walki, ale opuszczanie czegoś po roku, to tak naprawdę marnowanie tego czasu, bo może w ciągu roku nie nauczyłem się bardzo dużo, ale na pewno nauczyłem się podstaw, których w karate nie muszę się już uczyć, za to w nowej sztuce walki raczej bym musiał.

Ostatnio strasznie się wczułem w oglądanie Friendsów. Kurde, ten serial jest genialny, nie wiem, dlaczego wcześniej go sobie nie ściągnąłem i nie zacząłem oglądać. Wiem, że to głupio brzmi, jak facet mówi, że serial jest fajny, ale naprawdę polecam każdemu. Duża dawka humoru i w miarę normalna, jak na serial, fabuła potrafią bardzo pozytywnie nastroić człowieka na resztę dnia.